Kto ciężej pracuje?

ilustracja

Gdy mowa o wynagrodzeniu ludzi, wykonujących dla państwa podstawowe funkcje, związane z jego bezpieczeństwem, trzeba też pamiętać, że w odróżnieniu od niemal wszystkich innych zawodów, w te wkomponowana jest gotowość do poświęcenia własnego bezpieczeństwa, a nawet życia, jeśli byłaby taka potrzeba. I to nie tylko w trakcie służby, ale w zasadzie w każdym momencie. Nie ma tutaj znaczenia – wbrew twierdzeniom niektórych – czy policjanci faktycznie giną na służbie i czy żołnierze umierają w danym momencie na wojnie. Ważne jest, że nawet najdalej idącego poświęcenia od nich oczekujemy w każdym momencie i tę deklarowaną gotowość państwo musi odpowiednio doceniać – pisze Łukasz Warzecha.

W warunkach klasycznego liberalizmu wynagrodzenie za daną pracę jest sprawą prostą: praca warta jest tyle, ile chce za nią zapłacić rynek. Rzadkie umiejętności, wymagające długiej nauki, są w naturalny sposób cenione wyżej. Najniżej cenione są umiejętności najprostsze, bo ich podaż jest największa. Ale słaby specjalista w rzadkiej dziedzinie wcale nie musi zarabiać więcej niż solidny, choć niżej wykwalifikowany fachowiec.

Rzecz jasna, niemal nigdzie system w czystej postaci oczywiście już nie funkcjonuje. Szczególnie nie sposób o nim mówić w Europie z jej sztywnymi kodeksami pracy, płacami minimalnymi i stawkami godzinowymi. Lewica nie akceptuje prostych mechanizmów rynkowych, a że na ustrój gospodarczy Europy ma duży wpływ od wielu lat, regulacje, wykoślawiające mechanizmy rynkowe, obowiązują od dawna.

Przy okazji strajku nauczycieli tu i tam zaczęły się jednak pojawiać klasyczne już licytacje, kto ma trudniej, komu więc powinno się więcej płacić. Takie absurdalne licytacje to standard. Gdyby przyjrzeć się dyskusjom, prowadzonym przy okazji dowolnego protestu dowolnej grupy zawodowej, moglibyśmy dojść do wniosku, że w zależności od tego, kto akurat protestuje, najcięższą robotę mają a to kasjerzy w marketach, a to górnicy, a to lekarze, a to policjanci, a to znów listonosze, taksówkarze czy nauczyciele. Warto jednak zauważyć, że pomiędzy wymienionymi zajęciami istnieje zasadniczy podział: część z nich funkcjonuje na mocno wprawdzie uregulowanym, ale jednak rynku pracy, a część (znaczna część lekarzy, nauczyciele, policjanci) należą do sfery budżetowej, gdzie rynkowy mechanizm niemal kompletnie nie działa.

Licytację na to, kto ma ciężej, co do zasady uważam za zabawę wyjątkowo durną. Każdy zawód jest inny, każdy stawia inne wymagania, w każdym inne są kryteria oceny. Można być fatalnym wykładowcą akademickim czy kiepskim neurochirurgiem, a można być znakomitym i rzetelnym kasjerem czy perfekcyjnym dekarzem. Wreszcie nikt nikogo nie zmusza nie tylko do uprawiania danego zawodu, ale nawet do pracy w ogóle (pisałem o tym na blogu WEI).

Szczególny problem pojawia się tam, gdzie pracodawcą jest państwo, które nie stosuje rynkowego mechanizmu wyceny pracy lub stosuje go w bardzo ograniczonym zakresie. Nauczyciele są tutaj idealnym przykładem. Chronieni przez archaiczną ustawę – Kartę Nauczyciela z 1982 roku – w szkolnictwie publicznym nie są w żaden sposób weryfikowani przez rynek. Dobry nauczyciel nie zarobi wyraźnie więcej niż kiepski, choć w warunkach rynkowych byłoby to oczywiste.

Lecz pojawia się jeszcze jeden problem: jak państwo ma wyceniać pracę poszczególnych grup, dla których jest pracodawcą i kto zasługuje na wyższe wynagrodzenie? Więcej płacić nauczycielowi w państwowej szkole, policjantowi, żołnierzowi czy lekarzowi? Odpowiedź na to pytanie w warunkach zaawansowanego państwowego etatyzmu sprowadza się w gruncie rzeczy do tego, która grupa zawodowa mocniej i skuteczniej pociągnie sukno do siebie: wywrze skuteczniejszą presję na rząd, wstrzeli się lepiej w moment, kiedy trzeba będzie jej ulec, urządzi większą uliczną burdę albo bardziej dotkliwy strajk. Za uszeregowaniem wynagrodzeń budżetówki nie stoi zazwyczaj żadna poważniejsza, całościowa analiza.

Wydaje się natomiast, że można by wskazać przynajmniej jedno kryterium, porządkujące tę kwestię: sprawę powiązania danego zawodu z podstawowymi funkcjami państwa. W państwie etatystycznym, z rozrośniętą budżetówką, które przyznało sobie kompetencje w wielu dziedzinach i wieloma się zajmuje, zapomina się łatwo, że politologia wyraźnie mówi o podstawowych funkcjach państwa. Nie ma wśród nich ani służby zdrowia, ani edukacji. Podstawową funkcją państwa jest natomiast zapewnienie obywatelom fizycznego bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego. Dlatego służbami o rudymentarnym dla państwa znaczeniu są wojsko i policja (ewentualnie podstawowe służby pochodne) oraz do jakiegoś poziomu administracja publiczna, konieczna do obsługi podstawowych funkcji państwa. Rozszerzanie pojęcia bezpieczeństwa na kolejne dziedziny (bezpieczeństwo zdrowotne, żywieniowe, socjalne itd.) to wymysły etatyzmu, pozwalające państwu uzasadniać swoją aktywność i rozrost funkcji w tych dziedzinach.

Gdy mowa o wynagrodzeniu ludzi, wykonujących dla państwa podstawowe funkcje, związane z jego bezpieczeństwem, trzeba też pamiętać, że w odróżnieniu od niemal wszystkich innych zawodów, w te wkomponowana jest gotowość do poświęcenia własnego bezpieczeństwa, a nawet życia, jeśli byłaby taka potrzeba. I to nie tylko w trakcie służby, ale w zasadzie w każdym momencie. Nie ma tutaj znaczenia – wbrew twierdzeniom niektórych – czy policjanci faktycznie giną na służbie i czy żołnierze umierają w danym momencie na wojnie. Ważne jest, że nawet najdalej idącego poświęcenia od nich oczekujemy w każdym momencie i tę deklarowaną gotowość państwo musi odpowiednio doceniać.

Do czego prowadzi potraktowanie tych zajęć jak zwykłego zajęcia w godzinach pracy, powinien nam przypominać niesławny przypadek holenderskich Błękitnych Hełmów w Srebrenicy w 1995 roku. Przyczyny, dla których Holendrzy nie ruszyli palcem, gdy Serbowie zabierali chroniących się w „bezpiecznej strefie” muzułmanów na egzekucję, były oczywiście złożone, ale jedną z nich było podejście do samego zawodu żołnierza. Rzecz jasna, Holendrzy nie bronili wówczas własnego państwa, ale też dowództwo batalionu Dutchbat III, który miał bośniackich muzułmanów chronić, podchodziło do swojej misji tak, jakby nie miało pod sobą żołnierzy, ale ochroniarzy z biurowca, którzy w kontrakt nie mają wpisanego narażania życia, kiedy pojawia się uzbrojony bandyta. Nie chcielibyśmy naśladować takiego podejścia.

I jeszcze kilka słów na temat argumentacji nauczycieli, którzy opowiadając o swojej ciężkiej pracy, nieustannie powtarzają, że nie ogranicza się ona do godzin przy tablicy, lecz że do pensum nie wlicza się czasu, poświęcanego na sprawdzanie testów i klasówek lub przygotowywanie się do lekcji.

To niepoważna argumentacja. Po pierwsze – nawet wykładowcy akademiccy nie przygotowują się do każdego wykładu. Tym bardziej nie robią tego nauczyciele w szkołach. Owszem, modyfikacje podstawy programowej wymuszają włożenie pewnej pracy w przygotowanie zajęć, ale przecież nie przed każdą lekcją i nie co rok. Po drugie zaś – praca poza godzinami „biurowymi” nie jest absolutnie szczególną cechą nauczycielskiej profesji. Dotyczy to większości zawodów umysłowych. Sędziowie czytają w domu akta lub piszą uzasadnienia wyroków; menadżerowie przygotowują raporty i strategie; dziennikarze piszą teksty, mając zresztą w ogóle nienormowany czas pracy. Pod tym względem sytuacja nauczycieli, którym ustawa bardzo precyzyjnie określa liczbę godzin przy tablicy (i nie jest to liczba, prawdę mówiąc, porażająca), jest i tak wyjątkowo komfortowa.

Czy to wszystko oznacza, że nauczycielom nie powinno się płacić więcej? Mogę tylko powtórzyć to, co już wielokrotnie pisałem i mówiłem: tak, powinno się płacić więcej – ale tylko tym nauczycielom, którzy w warunkach choćby symulowanego rynku pokażą, że ich praca jest tyle warta. Mechaniczne podnoszenie wynagrodzeń wszystkim bez żadnych warunków, zróżnicowania i odniesienia do efektów pracy nie jest naprawianiem, ale dalszym psuciem systemu.