Walczyłem w Powstaniu, potem byłem bibliotekarzem. Dziś jestem zbrodniarzem

ilustracja

Do AK wstąpił jako 16-latek. W sierpniu 1944 r. walczył w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie pracował jako bibliotekarz w szkole podległej MSW. Teraz na mocy ustawy dezubekizacyjnej rząd RP obniżył mu emeryturę. – Nazwali mnie oprawcą i zbrodniarzem. Nie rozumiem tego. To, że strzelałem do Niemców, to jeszcze nie powód, by nazywać mnie mordercą – mówi Onetowi pan Zbigniew, ps. „Jastrząb”. Nie podajemy jego nazwiska, bo „Jastrząb” chce dalej żyć w spokoju.

Pan Zbigniew przez 25 lat pracował jako kierownik biblioteki w Wyższej Szkole Oficerskiej w Legionowie
Z tego powodu obejmuje go ustawa dezubekizacyjna. W maju tego roku otrzymał decyzję o obniżce emerytury
– Nie czuję nienawiści do autorów ustawy, ale kiedyś będą musieli spojrzeć sobie w lustro – mówi były powstaniec
– Ja już jestem stary. Jak nie będę mógł dać sobie rady, to z żoną mamy wystarczająco dużo leków, żeby samemu skończyć z życiem – dodaje

Ustawa dezubekizacyjna Prawu i Sprawiedliwości wymknęła się spod kontroli. Obóz władzy miał karać komunistycznych zbrodniarzy, ale upokarza także niewinnych ludzi. A czasem nawet bohaterów, którym w świetle kamer chętnie oddaje cześć.

Po publikacji tekstu „Ustawa splamiona krwią” otrzymaliśmy list od czytelniczki. Pani Olga opowiedziała nam historię swojego sąsiada, Pana Zbigniewa, „Jastrzębia”, członka Armii Krajowej, uczestnika Powstania Warszawskiego, który wraz ze swoim plutonem 333 Zgrupowania „Gurt” w sierpniu 1944 r. został posłany do walk na Woli. Przeżył i po wojnie stał się „zaplutym karłem reakcji”. Ale ani Niemcom, ani komunistom nie udało się odebrać mu godności.

W PRL przez 25 lat pracował jako bibliotekarz w Bibliotece Narodowej, utrzymując żonę i dwójkę dzieci. Gdy przydzielono mu stanowisko kierownika biblioteki w Wyższej Szkole Oficerskiej w Legionowie, otrzymał etat Służby Bezpieczeństwa. W szkole organizował pokazy filmowe i koła dyskusyjne.

W maju 2017 r. dowiedział się, że w oczach obecnej władzy sam jest komunistycznym zbrodniarzem. List z Zakładu Emerytalno-Rentowego był jak grom z jasnego nieba. „Jastrzębiowi” życie jeszcze raz zaśmiało się w twarz, ale i tym razem nie odebrało mu godności.

Jego historia to wyrzut sumienia wobec każdego, kto przyczynił się do wprowadzenia w takim kształcie przepisów o dezubekizacji. Zgodził się z nami spotkać. Oddajemy mu głos.

Urodziłem się na Woli, w lutym 1927 r. Całe życie mieszkam w Warszawie. Okupację przeżyłem, choć były to bardzo trudne czasy. Tragiczne.

Początek wojny to oblężenie, bombardowanie i ostrzał artyleryjski. Pełno trupów na ulicy leżało. Naprawdę pełno. Do widoku zabitych ludzi później się przyzwyczaiłem.

Mieszkałem przy ul. Obozowej. Pierwszego dnia Niemcy zbombardowali budynek, który stał vis a vis mojego domu. Zginęło 56 osób. Dziś w tym miejscu ustawiona jest pamiątkowa tablica.

Pamiętam to dobrze, bo akurat stałem w oknie i patrzyłem, jak nadlatywały niemieckie bombowce. Nie tak wysoko nad naszymi głowami, jak mogłoby się wydawać. Niemcy zrzucili trzy bomby: jedna spadła obok, druga w podwórko, a trzecia trafiła w budynek. Stąd tyle ofiar.

Okupacja to było piekło. Szkołę skończyłem mając 14 lat i zaraz wezwali do mnie Arbeitsamtu [zakładu pracy]. Musiałem się stawić, nie było wyboru. Inaczej wywieźliby mnie na przymusowe roboty. Gdyby tak to dobrze zliczyć, to zacząłem pracę wtedy, w czasie wojny, w wieku 14 lat, a skończyłem dopiero po 80-tce, w 2006 r.

Pierwsza praca to była suszarnia warzyw na Woli. Niemcy pakowali później kilogramy kartofli, cebuli czy buraków i wysyłali na front. Pracowałem też w warsztacie samochodowym. Ale ciągle było biednie i głodno. Bywały dni, że nic nie jadłem.

Jak miałem 16 lat, wstąpiłem do AK. Mój ojciec wstąpił, brat wstąpił, sąsiedzi, koledzy… Przysięgę złożyłem u dowódcy plutonu przy ul. Borzymowskiej na Bródnie. Otrzymałem pseudonim „Jastrząb”.

Ciężko wracać mi pamięcią do Powstania Warszawskiego. Tragicznie było. Mam przed oczami okropne obrazy. Z 200 m obserwowałem, jak rozstrzeliwali ludzi.

Przed rozpoczęciem walk do naszego domu przyszła łączniczka. Przekazała, że musimy się stawić w punkcie zbornym, nieopodal jednego ze szpitali. Przy stoliku siedział oficer, który spisywał nasze pseudonimy, a w piwnicy mieściły się magazyny broni. Mój pluton na 32 żołnierzy otrzymał 11 karabinów. Ja ruszyłem do walki z paczką naboi i dwiema sidolówkami [granatami – red.].

Na samym początku wprowadzono nas w błąd. Szliśmy na Ulrychów [osiedle na warszawskiej Woli, tuż za dzisiejszym Muzeum Powstania Warszawskiego – red.], choć według początkowych ustaleń mieliśmy atakować całkiem inny obiekt: budynek na Okopowej przy cmentarzu. Natknęliśmy się na pancerną dywizję Hermanna Göringa. Z dwóch plutonów, z siedemdziesięciu paru osób, pierwszego dnia zostało nas niewielu ponad dwudziestu. Jeśli panowie pozwolicie, to nie będę dłużej zatrzymywał się przy tych wspomnieniach.

Ja przetrwałem, ale moje losy nadal były tragiczne.

W 1948 r. komuniści wzięli mnie do wojska. Wiedzieli, że byłem w AK, więc stałem się zaplutym karłem reakcji. Razem ze mną było 31 osób, sami akowcy. Osłaniała nas eskorta, żebyśmy po drodze nie uciekli do lasu. Z tego okresu pamiętam groźby: „Siedem lat będziesz siedział, nie wyjdziesz już z tego wojska!”.

Ale wyszedłem. Zacząłem pracować już miesiąc po wyzwoleniu Warszawy, w tzw. ochronie przemysłu. Przydzielono mnie jako strażnika to jednej z fabryk, która przetrwała po powstaniu, w miejscu, gdzie dzisiaj jest stacja metra „Politechnika”. Pewnej nocy przyjechali ciężarówkami Rosjanie. Dostałem od nich parę kopów, chociaż miałem papier, że to jest nasze i nie wolno tego ruszać. Wywieźli wszystkie maszyny i cały sprzęt. Nie zostawili nawet żarówek. To był rok 1945. Chyba lipiec.

Zacząłem myśleć o tym, żeby się uczyć, bo zaległości miałem spore. Dostałem się na Politechnikę, ale nigdy jej nie skończyłem. Po czterech semestrach się ożeniłem i zaraz pojawiło się pierwsze dziecko. Trzeba było wrócić do pracy. Drugie dziecko urodziło się chore. Znowu łatwo nie było.

Żona zajmowała się dziećmi, a ja od rana do wieczora siedziałem w pracy. Najpierw w Bibliotece Narodowej, potem w publicznej. W końcu trafiłem do Legionowa, do Wyższej Szkoły Oficerskiej. Oni mieli zapotrzebowanie na kierownika biblioteki, więc moja dyrektorka wyznaczyła trzech kandydatów. Przyjechał kadrowy i wybrał mnie. Chyba w nagrodę za to, że wcześniej otworzyłem w Warszawie trzy placówki czytelnicze. Wtedy już nie przyznawałem się, że byłem członkiem AK.

Spędziłem tam blisko 25 lat. Najpierw na etacie cywilnym. Później potrzebowali kaowca [instruktor kulturalno-oświatowy w PRL – red.], bo jakaś pani zaszła w ciążę i trzeba było zamienić nas miejscami. Przenieśli mnie na etat milicyjny, a potem Służby Bezpieczeństwa. Organizowałem pokazy filmowe, spotkania dyskusyjne.

Za to dzisiaj nazwano mnie zbrodniarzem. Za to odebrano mi godność. A ja z SB nie miałem nic wspólnego. Ja siedziałem w bibliotece.

Z decyzją o obniżce emerytury długo nie czekali. Dostałem ją w maju. Traktuję to jako zemstę. Nazwali mnie oprawcą i zbrodniarzem. Nie rozumiem tego. To, że strzelałem do Niemców, to jeszcze nie powód, by nazywać mnie mordercą.

Zabrali mi 1060 zł. Teraz mamy 1926 zł na dwie osoby. Żona musiała niestety zrezygnować z pracy, kiedy dziecko nam się ciężko rozchorowało. I zabrakło jej do tej emerytury trzy czy cztery lata.

Wiecie panowie, my mieszkamy w Warszawie, sam czynsz kosztuje nas 1100 złotych. I najgorsze, że żona ciężko choruje. Ma zwyrodnienie stawu kolanowego, do tego cukrzycę, chorą tarczycę i trzustkę. Mnie niedawno wycięli guz rakowy w pęcherzu, potem jeszcze dwa na jelicie grubym. W aptekach miesięcznie zostawiam średnio 600-700 zł.

Czyli od października zostanie mi 200 zł. Trzeba będzie za to żyć. Przeżyłem okupację i głód, więc nie będzie to dla mnie żadna nowość. W pierwszych latach powojennych to nawet na buty nie było nas stać. A co będzie dziś? Jak już nie będę mógł dać sobie rady, a żona nie będzie mogła ruszyć się z łóżka, to tych leków w domu mamy na tyle dużo, żeby samemu skończyć z życiem.

Panowie mnie pytacie, co powinienem zrobić i czemu pan Błaszczak mnie tak traktuje. A ja sądzę, że na głupotę ludzi nie ma rady. Gdyby oni naprawdę chcieli ukarać zbrodniarzy, to by poszli do IPN i przejrzeli zgromadzone dokumenty. Tam wszystko jest. Są też dokumenty o mnie – można poczytać, co ja robiłem i gdzie byłem.

Myślę, że oni nie znają życia. Nie czuję do nich nienawiści, choć będą musieli spojrzeć sobie w lustro. Trzeba przeżyć ileś tam lat, żeby być na tyle mądrym i rozważnym, by nie podejmować decyzji krzywdzących ludzi. No bo kogo oni skrzywdzili najbardziej? Starych ludzi. Ja już w tej chwili nie pójdę i nie dorobię sobie do tej emerytury, bo jestem za stary. Kto mnie przyjmie do pracy? Zresztą nie mam na to ani siły, ani ochoty. Pracowałem do 80. roku życia i wystarczy.

Martwię się i denerwuję, bo nasze kochane społeczeństwo zostało podzielone. W rodzinach się kłócą, ludzie nie znoszą się nawzajem. Tragicznie się znów zrobiło. W latach okupacji jeden drugiego wspierał, a teraz co się z nami stało?

Odwołania od decyzji najpierw pisać nie chciałem. Za stary jestem. Nie wiem, czy będę żył jeszcze parę miesięcy, rok czy dwa lata. Zresztą to kwestia honoru. Jak zrobili ze mnie przestępcę, to niech im będzie. Ostatecznie do tego odwołania prawie zmusiła mnie sąsiadka. Ale napisałem, że w sądzie się nie stawię. Nie wiem, czy dożyję. Zresztą ja mam tłumaczyć się teraz, że nikogo nie skrzywdziłem?

Chcesz porozmawiać z autorami? Napisz! janusz.schwertner@grupaonet.pl mateusz.baczynski@grupaonet.pl

Komentarze internautów:

~Sbek : Wszystkich ktorych niesprawiedliwie dotknela ustawa dezubekizacyjna powinni sie zjednoczyc i protestowac.powinna byc nie tyle wycofana ale znowelizowana.swym zasiegiegiem objela ludzi wogole nie zwiazanych z SB!!jezeli sa zbrodniarze to powinni byc ukarani.! Chcac wytepic sbekow ktorzy mieli krew na rekach karzecie ludzi ktorzy nic zlego nie zrobili!!! Mienicie sie partia prawa i sprawiedliwosci? To nie sprawiedliwosc to albo nieumiejetnosc stworzenia normalnej sprswiedliwej ustawy albo zemsta ja obstawiam to drugie zwiń
dzisiaj 18:00 | ocena: 78% | odpowiedzi: 20
odpowiedz
oceń: -1 +1
~ona : W końcu z czegoś 500+ trzeba opłacić. A że ktoś na tym straci…. Nie udało się opodatkowanie banków i marketów więc trzeba sięgnąć gdzie indziej. Do kieszeni podatników jeszcze boją się sięgać, bo to w następnych wyborach oznaczałoby niechybną przegraną, ale można pooszczędzać. Oszczędzają więc na wszystkim. Na nie zwróconym Vacie, na godzinach opiekunek społecznych, na cudzych emeryturach. Pewnie znalazłoby się jeszcze parę innych źródeł tych PISowskich „oszczędności”. Taka to dobra zmiana. zwiń
dzisiaj 18:23 | ocena: 81% | odpowiedzi: 13
odpowiedz
oceń: -1 +1
~Roman : W PiS chyba nie wiedzą, że odbierają emerytury olimpijczykom, którzy ćwiczyli w klubach gwardyjskich, a byli na etatach mundurowych w MSW. Zdobywali dla Polski medale, wszyscy cieszyliśmy się ich sukcesami, a teraz obejmie ich ta nieszczęsna ustawa. To dotyka całej armii uczciwych ludzi, którzy wiernie służyli Polsce. Dokucza się nawet rodzinom, wdowom po poległych, dzieciom.
W Komendzie Głównej Policji jest tablica z nazwiskami policjantów poległych na służbie. Jest na niej kilka nazwisk policjantów, którzy polegli na służbie, a będą objęci tą ustawą. Ich dzieciom PiS odbierze renty rodzinne. To jest z nieprzyzwoite i nieludzkie. Autorzy ustawy nawet nie wiedzą, co zrobili tym bezprawnym aktem.
zwiń