Gra idzie o coś więcej niż stanowiska ministrów – o zaufanie obywateli do działań policji.

ilustracja

Przepraszam za polską policję. Ale nie za całą policję, bo przecież nie cała policja jest taka – mówił w Sejmie o sprawie śmierci Igora Stachowiaka nadzorujący policję wiceminister Jarosław Zieliński.

Z pewnością wiceminister ma rację – nie cała policja jest taka. Tyle że, aby utrzymać przekonanie o tym opinii publicznej, państwo i jego służby nie mogą mieć nic do ukrycia w wyjaśnianiu śmierci zatrzymanego w komisariacie Wrocław-Stare Miasto. Śmierć Igora Stachowiaka postawiła policję w obliczu poważnego kryzysu społecznego zaufania. Miarą wiarygodności tej służby jest między innymi to, w jaki sposób postępuje z nagannymi przypadkami w swoich szeregach. Ta powszechnie od lat znana zasada przewija się obecnie w debacie nad postępowaniem grupy wrocławskich policjantów wobec Igora Stachowiaka. W ubiegłym roku, w związku ze sprawą wrocławską, przypomniał ją na piśmie wiceminister spraw wewnętrznych.
„Przeprowadzenie rzetelnego badania przypadków domniemanych naruszeń praw człowieka stanowi jeden z elementów budowania szacunku do policji” – zapewniał w odpowiedzi na poselską interpelację złożoną w ubiegłym roku tuż po śmierci Stachowiaka podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji Sebastian Chwałek. Opisana przez wiceministra Chwałka potrzeba po roku stała się jeszcze jeszcze bardziej paląca. Bo wyjaśnienia wymagają już nie tylko wszystkie okoliczności tragicznego zajścia w komisariacie Wrocław-Stare Miasto, ale też sposób prowadzenia późniejszych postępowań – wewnętrznego dyscyplinarnego i prokuratorskiego. W sprawie śmierci Stachowiaka wiele okoliczności każe postawić pytania o to, czy ktokolwiek dopilnował, aby to dość oczywiste zapewnienie wiceministra Chwałka nie stało się pustą, okolicznościową formułą. Czy służby państwa wykazały się należytą determinacją, aby sprawę rzetelnie zbadać, a sprawców ukarać? Żeby nie zachwiać ugruntowanego przekonania obywateli, że „nie cała policja jest taka”.

Sprawa na rok przycichła

Śmierć Igora Stachowiaka 15 maja 2016 roku, początkowo publicznie roztrząsana i omawiana w sejmowych gabinetach, przycichła na prawie rok. Aż do czasu emisji reportażu Wojciecha Bojanowskiego w „Superwizjerze”, gdy wyszły na jaw wstrząsające fakty i nagrania. Wydarzenia po emisji reportażu pokazały indolencję prowadzenia postępowania dyscyplinarnego, co ostatecznie zaowocowało dymisjami na szczytach dolnośląskiej i wrocławskiej policji. Wiele pytań rodzi też sposób prowadzenia śledztwa przez prokuraturę. Do tego stopnia, że wywołany na sejmową mównicę prokurator generalny zapowiedział upublicznienie dowodów w tej sprawie. Sprawa Stachowiaka każe powątpiewać, czy cywile dzierżący ster władzy sprawują dostateczną kontrolę nad służbą, która w imieniu państwa ma prawo stosować fizyczny przymus wobec obywateli. Bo jeśli wierzyć słowom ojca Igora Stachowiaka, początkowo wiele wskazywało na to, że sprawa potraktowania przez policję jego syna miała nie ujrzeć światła dziennego.
W dniu śmierci syna nie udało nam się zobaczyć jego ciała. Robiono wszystko, byśmy go nie zobaczyli. Tłumaczono to tak, że trwają czynności i nie jesteśmy w stanie być dopuszczeni – taki był komunikat pani prokurator. Następnego dnia z samego rana dostałem telefon, że syn jest przewieziony do zakładu medycyny sądowej i żebym najlepiej nie jechał go oglądać. Powiedziałem, że nie ma takiej możliwości i muszę go zobaczyć, żeby nic nie działo się bez naszej obecności. Syn nie wyglądał normalnie, na pewno nie był to upadek z krzesła. Był bardzo mocno pobity. Wyciągnąłem telefon i zrobiłem zdjęcia. Dzisiaj bardzo się cieszę, że to zrobiłem. Być może dzięki temu sprawa ujrzała światło dzienne – mówił w „Faktach po Faktach” w TVN24 Maciej Stachowiak. Gdy stało się oczywiste, że ślady na ciele zmarłego mają mało wspólnego z domniemanym upadkiem z krzesła, młodzi wrocławianie zaczęli gromadzić się przed komisariatem. Dochodziło do zamieszek. Wtedy to komendant dolnośląskiej policji insp. Arkadiusz Golanowski na konferencji prasowej zapewniał, że ma świadków na to, że policja musiała zastosować środki przymusu wobec Igora Stachowiaka, bo mężczyzna zachowywał się „irracjonalnie” i „agresywnie”.
Dwa tygodnie później, 9 czerwca 2016 roku, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Jarosław Zieliński przedstawił posłom z Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych oficjalną informację na temat przebiegu interwencji wobec Stachowiaka. To wówczas wiceminister nadzorujący policję przyznał, że drugie użycie paralizatora wobec mężczyzny zakutego już w kajdanki nastąpiło z naruszeniem przepisów o użyciu środków przymusu bezpośredniego. Finał obrad tamtej komisji zakończył – do czasu – publiczny bieg sprawy Stachowiaka. Posłowie uznali, że nie trzeba, aby minister przedstawiał informację na plenarnym posiedzeniu Sejmu.

Minister zamierza prosić o upublicznienie akt

Wyjaśnianie sprawy pozostało w rękach policji i prokuratury. Prokuratura miała prowadzić postępowanie karne, a policja – dyscyplinarne. Minął rok i nic. Prokuratura nie zaprowadziła nikogo na ławę oskarżonych, a policja nie wydaliła ze swoich szeregów żadnego z funkcjonariuszy, którzy byli obecni w szalecie komisariatu, gdy skuty zatrzymany był długo i wielokrotnie rażony prądem.
Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro kilka dni temu, 24 maja, zapowiedział z sejmowej mównicy ujawnienie materiałów ze śledztwa. Uczynił to jednak w taki sposób, jakby to nie od niego zależało.
Ziobro zapowiedział, że wystąpi do prokurator prowadzącej postępowanie, aby „jak to tylko będzie możliwe, zgodziła się na ujawnienie całości materiałów tak, aby każdy mógł się przekonać o tym, jak jest naprawdę”. Tymczasem to prokurator generalny ma prawo samodzielnie decydować, jakie materiały z poszczególnych śledztw powinny być udostępnione opinii publicznej. Takie prawo ma też prokurator krajowy i inni kierownicy jednostek prokuratury. Nie muszą pytać o zgodę prokuratora prowadzącego postępowanie (art. 12, pkt. 1, 2, 3 ustawy o prokuraturze). Zbigniew Ziobro uzależnił jednak upublicznienie materiałów w sprawie Stachowiaka od zgody prokuratora-referenta. – W tej nowej ustawie o prokuraturze jest przepis, którego nigdy wcześniej nie było w prawie karnym procesowym. Mianowicie przepis, który pozwala prokuratorowi generalnemu ujawnić bez pytania o zgodę każdego prowadzącego postępowanie każdy materiał postępowania. Być może więc to nie jest pytanie do prowadzącego postępowanie, ile bardziej do prokuratora generalnego, czy on sam nie widzi podstawy do tego, żeby takie materiały ujawnić? Przynajmniej w jakimś ograniczonym zakresie, bo ma tutaj wyłączną kompetencję – zauważył we „Wstajesz i wiesz” w TVN24 znawca prawa karnego dr Łukasz Chojniak z Uniwersytetu Warszawskiego. Potrzeba ujawnienia materiałów z postępowania przygotowawczego wydaje się tym bardziej uzasadniona, że prokuratura wyjaśnia niewielkie postępy w śledztwie – zdaniem wielu prawników – w sposób mało przekonujący. Prokurator generalny Zbigniew Ziobro powiedział tymczasem w Sejmie, że prokuratura dochowała staranności w sprawie Stachowiaka – zabezpieczyła paralizator i dokonała odczytu zarejestrowanego przezeń materiału wideo, początkowo podobno zupełnie nieczytelnego. Prokuratura czekała na wszystkie dowody Z poniedziałkowej wypowiedzi rzeczniczki Prokuratury Okręgowej w Poznaniu Magdaleny Mazur-Prus wynika, że śledczy nie stawiali w sprawie Stachowiaka zarzutów karnych policjantom, bo do tego potrzebne jest – jej zdaniem – zebranie całości materiału dowodowego. Poza lakonicznym stwierdzeniem rzeczniczki, że nie powinno się porównywać poszczególnych postępowań, prokuratura nie udzieliła przekonujących odpowiedzi, jak to możliwe, że w jednych postępowaniach stawia zarzuty już na wstępie i dopiero potem uzupełnia materiał dowodowy, a w tym postępowaniu nie. Prosty przykład. Zwykłym obywatelom demonstrującym w grudniu 2016 roku przeciw władzy przed Sejmem czy pod Wawelem prokuratura (inne jednostki, ale przecież ta sama instytucja) postawiła zarzuty już w pierwszych tygodniach postępowania przygotowawczego i to w dodatku za czyny ścigane z oskarżenia prywatnego. Natomiast funkcjonariusze policji, co do których – w zgodnej opinii prawników – są mocne dowody, że co najmniej godzili się na rażenie prądem skutego w kajdanki zatrzymanego, nie odebrali dotąd postanowień o przedstawieniu zarzutów, bo zdaniem prokuratury potrzeba do tego jeszcze więcej dowodów.

Po ujawnieniu w „Superwizjerze” nagrania z paralizatora przynajmniej jeden dowód jest publicznie znany.

Adwokat Jacek Kondracki po obejrzeniu filmu uważa, że wystarczająco uwiarygadnia on popełnienie przestępstw przez policjantów widocznych na nagraniu. – Nie budzi żadnej wątpliwości, że odpowiedzialność karną powinien ponieść ten, który się znęcał. Pozostali zaś albo udzielali mu pomocnictwa, albo też co najmniej dopuścili się przestępstwa niedopełnienia obowiązków. Powinni bowiem podjąć działania zapobiegające temu znęcaniu, a nic nie zrobili. Wydaje się, że w tym kierunku to będzie zmierzało, bo prokuratura zapowiedziała już postawienie zarzutu za znęcanie się temu policjantowi, który używał paralizatora. A jeżeli okaże się, że skutkiem używania paralizatora była śmierć, to będzie kwestia odpowiedzialności za zabójstwo – mówi Kondracki. Prokuratura po roku od śmierci Stachowiaka rzeczywiście zapowiedziała postawienie zarzutów, ale do ostatniego piątku tego nie zrobiła. Ta wyczekująca postawa prokuratury dziwi adwokata Romana Giertycha. – Odpowiedzialność ponosi prokurator prowadzący śledztwo wraz ze swoim naczelnikiem bądź szefem prokuratury, który zapoznał się z tym filmem i nic nie zrobił. Przepisy Kodeksu postępowania karnego jasno wskazują, że jeżeli prokuratura ma dowody na to, że zostało popełnione przestępstwo, to niezwłocznie ogłasza zarzuty podejrzanym. Tłumaczenia, które czyni obecnie prokuratura, że prowadzono ustalenia co do okoliczności śmierci pokrzywdzonego, są bez znaczenia, bo mamy dowody na przestępstwo tortur. Prokuratura mogła postawić policjantom zarzuty torturowania, a później w przypadku stwierdzenia, że na przykład przyczyną śmierci były te tortury, zmienić te zarzuty na artykuł 148 [zabójstwo – przyp. red.] – mówił Giertych w „Kropce nad i” 24 maja. Zdziwienie tym, że prokuratura czeka z podejmowaniem decyzji na kolejne dowody wyraził również były szef Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i były prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński.
Co prawda, jak powiedział ojciec pana Igora, pani prokurator z Poznania jest otwarta na kolejne wnioski i bada je, to tak naprawdę w ten sposób można prowadzić śledztwo w nieskończoność i ciągle szukać jakichś nowych okoliczności, które powinny być zbadane, ale ich nie będzie – mówił Rzepliński 25 maja w „Faktach po Faktach” TVN24.

Czy prokuratorzy dopełnili wszystkich obowiązków?

Giertych w ocenie sytuacji idzie jeszcze dalej. Uważa, że niepostawienie na czas zarzutów policjantowi lub policjantom to poważne przewinienie prokuratora. – W moim przekonaniu prokurator, który, widząc tortury, nie postawił zarzutów, dopuścił się innego przestępstwa: nie dopełnił swoich obowiązków w sposób oczywisty. Bardzo się dziwię, że dzisiejsza [24 maja – red.] debata w Sejmie nie skończyła się informacją ministra sprawiedliwości o tym, że wystąpił o zniesienie immunitetu tej osoby i złożył wniosek do prokuratury o ściganie tej osoby z powodu niedopełnienia obowiązków – oświadczył Giertych. Osobną kwestią, którą będzie musiał rozstrzygnąć sąd, jest jakość całości materiału dowodowego, na który oprócz filmów składają się zeznania świadków i ewentualne wyjaśnienia podejrzanych. W czasie trwania postępowania przygotowawczego policjanci obecni w szalecie ze skutym Stachowiakiem mogli kontaktować się ze sobą i uzgadniać zeznania. – Jest zmowa kilku policjantów, którzy mają swoją wersję zdarzeń i ona jest dla nich wygodna – twierdzi ojciec zmarłego mężczyzny.
Pytań o działanie prokuratury w tej sprawie jest więcej. Między innymi o to, dlaczego przyjęła za przyczynę śmierci Igora Stachowiaka zatrucie organizmu narkotykami, a nie bierze pod uwagę możliwego wielokrotnego duszenia zatrzymanego, o czym jest mowa w jednej z opinii biegłych sporządzonej po śmierci mężczyzny. Pominięcie tej przyczyny, niezależnie od intencji prokuratora, jest obiektywnie korzystne dla policjantów. Wymaga więc wyjaśnienia. Nawet jeśli przyjąć wersję o zatruciu narkotykami, to nie wzięcie przez prokuraturę pod uwagę innych przyczyn śmierci Igora Stachowiaka może tylko zmniejszać rangę czynu policjantów, ale nie zdejmuje z nich odpowiedzialności w ogóle. – To, jak zachowywali się ci policjanci, nie musiało spowodować śmierci człowieka, a i tak nie znosi to ich odpowiedzialności prawnej – przypomina Chojniak.

Co zrobiła policja?

Równolegle do postępowania w prokuraturze powinno było toczyć się w policji postępowanie dyscyplinarne. Jego tempo pozostawia jednak wiele do życzenia, efektem czego był brak skutków dla policjantów objętych tym postępowaniem. W ostatni poniedziałek komendant główny zdymisjonował odpowiedzialnych za to dowódców – dolnośląskiego komendanta wojewódzkiego, jego zastępcę do spraw prewencji oraz komendanta miejskiego we Wrocławiu. Dymisje te miały bezpośredni związek ze śmiercią Igora Stachowiaka. – Mimo wydanych wyraźnie poleceń przez komendanta głównego policji, nie wszystkie polecenia zostały należycie zrealizowane, stąd utrata zaufania do tych osób – uzasadniał decyzje kadrowe rzecznik KGP insp. Mariusz Ciarka. Sprawa zaniedbań w postępowaniu dyscyplinarnym wymaga więc dogłębnego, osobnego wyjaśnienia. Właśnie w myśl przywoływanej wcześniej zasady, że dogłębne zbadanie nieprawidłowości jest elementem budowania szacunku do policji. Policja dotąd twierdziła, że nie miała wystarczających dowodów do nałożenia sankcji dyscyplinarnych na swoich funkcjonariuszy, bo kluczowe dowody znajdowały się w rękach prokuratury, a prokuratura – według policji – nie chciała ich udostępnić na potrzeby postępowania dyscyplinarnego. Jednak nawet jeżeli tak było, to w ocenie byłego ministra spraw wewnętrznych, a obecnie adwokata Ryszarda Kalisza, prowadzący postępowanie dyscyplinarne nie wykazali wystarczającej determinacji, żeby te nagrania zdobyć.
Policja powinna domagać się postanowienia o odmowie udostępnienia tego nagrania, a następnie zaskarżyć to postanowienie do sądu. Na pewno sąd nakazałby prokuraturze wydać te filmy już, zaraz – mówił Kalisz „Faktom” TVN.
Czy z powodu włączenia do materiału dowodowego prokuratury filmu z kamery umieszczonej w paralizatorze komendant główny policji i kierownictwo MSWiA nie znali tego wstrząsającego nagrania? Komendant główny policji Jarosław Szymczyk, minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Błaszczak i wiceminister Jarosław Zieliński zgodnie twierdzą, że nagranie z paralizatora zobaczyli dopiero w „Superwizjerze” TVN. Nie zmienia to jednak faktu, że komendant główny i nadzorujący policję wiceminister Zieliński wiedzieli, że doszło do nadużycia paralizatora, nawet jeśli nie widzieli nagrania. Niezgodne z prawem użycie środka przymusu zostało ponad wszelką wątpliwość ustalone już na początkowym etapie postępowania wyjaśniającego, a wiceminister przyznał, że o tym wie. Potwierdził to w obecności komendanta głównego na posiedzeniu sejmowej komisji w czerwcu ubiegłego roku.
Aktualna pozostaje kwestia odpowiedzialności politycznej. To prawda, że minister spraw wewnętrznych nie zajmuje się jednostkowymi postępowaniami dyscyplinarnymi wobec policjantów w terenie. W sprawie Igora Stachowiaka zawiodły jednak mechanizmy dyscyplinarne w policji, za które odpowiadają komendanci wojewódzcy. Komendantów wojewódzkich powołał, a niektórych osobiście wprowadzał na stanowiska, urzędujący szef MSWiA. Trudno z góry przesądzać o osobistej odpowiedzialności ministrów nadzorujących policję i prokuraturę. Pojawiają się jednak głosy, że sprawę Igora Stachowiaka próbowano zamieść pod dywan pytanie tylko, na jakim szczeblu. To kolejna sprawa do wyjaśnienia, na co wskazał gość „Kropki nad i” 24 maja adwokat Roman Giertych. – Ktoś mataczył w tej sprawie i ten ktoś powinien ponieść odpowiedzialność. Jeżeli było tak, że informację o tym mataczeniu miało ministerstwo, to mamy do czynienia z mataczeniem osób z ministerstwa. Może być tak, że prokurator generalny w jakiś sposób oddziaływał na to śledztwo, a może być tak, że minister spraw wewnętrznych. Powinna powstać komisja śledcza, która tę kwestię wyjaśni – przekonywał Giertych.

Policja cieszy się zaufaniem dwóch na trzech obywateli

Sprawa Stachowiaka wymaga dogłębnego wyświetlenia na wszystkich szczeblach i co do wszystkich okoliczności. Gra idzie o coś znacznie bardziej ważnego niż stanowiska ministrów, prestiż prokuratury czy wizerunek wrocławskiego garnizonu. W tej sprawie chodzi o rzecz bezcenną dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa – zaufanie obywateli do działań policji. Przez ostatnie lata poziom tego zaufania utrzymywał się na przyzwoitym poziomie około dwóch trzecich obywateli, którzy deklarują, że ufają lub zdecydowanie ufają policji. To wynik lepszy niż urzędników, parlamentu i partii politycznych.

Na to stosunkowo wysokie zaufanie społeczne policja w Polsce pracowała przez wiele lat. Wskaźniki poparcia obywateli dla jej działań na poziomie powyżej pięćdziesięciu kilku procent, a ostatnio powyżej sześćdziesięciu procent utrzymują się niezmiennie co najmniej od początku obecnego wieku.

Prof. Andrzej Rzepliński uważa, że sprawa Stachowiaka powinna zostać wykorzystana – jak to ujął – do przewietrzenia służby przez premier Beatę Szydło. – Nie przeciwko policji, nie w wojnie z policją, ale na rzecz policji – dowodził Rzepliński, podając za przykład niedawną sprawę znalezienia pamiątek po Wehrmachcie u żołnierza Bundeswehry. Wtedy rząd Niemiec zarządził przeszukanie wszystkich pomieszczeń w jednostkach wojskowych po to, żeby pokazać, że w niemieckich siłach zbrojnych nie ma nawet najmniejszego miejsca na naganne zachowania. – Mam nadzieję, że odpowiedzialni za tę sprawę staną twarzą w twarz z tą śmiercią i wobec rodziców pana Igora i spojrzą im w oczy, i że pozwolą sprawie być wyjaśnioną do końca – mówił Rzepliński. Nowy komendant wojewódzki we Wrocławiu nadinsp. Tomasz Trawiński poinformował w piątek 26 maja, że wydalił ze służby pięciu policjantów, którzy brali udział w zatrzymywaniu Igora Stachowiaka (szósty sam wcześniej odszedł policji). Wszczął postępowania dyscyplinarne wobec odwołanych wcześniej komendantów oraz oficera prowadzącego postępowanie wyjaśniające w sprawie śmierci Stachowiaka – za niewłaściwe prowadzenie i brak nadzoru nad czynnościami służbowymi. Odwołał też zastępcę szefa komisariatu Wrocław-Stare Miasto, który w czasie rażenia prądem Stachowiaka był na terenie jednostki, a nie zareagował.

Postępowania dyscyplinarne w dolnośląskiej policji ruszyły więc właśnie na nowo.

Tego samego dnia doszło do dymisji w Komendzie Głównej Policji. Stanowisko straciła dyrektor Biura Kontroli Halina Żabowska. Biuro Kontroli Komendy Głównej Policji to komórka, która pracuje bezpośrednio dla szefa policji. Jej zadaniem jest badanie wszelkich nieprawidłowości w funkcjonowaniu policji na terenie całego kraju.
Ewentualne zakończenie spraw karnych w prokuraturze i sądzie może okazać się bardzo dotkliwe dla funkcjonariusza czy funkcjonariuszy, którzy ewentualnie zasiądą na ławie oskarżonych pod zarzutem znęcania się nad zatrzymanym. Za ten czyn grozi kara pozbawienia wolności od roku do dziesięciu lat. Nowelizacja Kodeksu postępowania karnego z 2015 roku nie przewiduje zawieszenia wykonania kary roku i więcej lat pozbawienia wolności. Jeżeli sąd prawomocnie potwierdzi, że któryś z policjantów w sensie kodeksowym znęcał się nad zatrzymanym, będzie musiał skazanego bezwzględnie osadzić w więzieniu. Jeżeli jednak do końca procesu utrzyma się kwalifikacja wstępnie przyjęta przez poznańską prokuraturę, czyli nieumyślne spowodowanie śmierci, to kara wynosi od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. Jeżeli sąd skazuje kogoś z tego paragrafu na karę pozbawienia wolności poniżej roku, wtedy może zawiesić wykonanie kary.