Przysięgałem, że zaryzykuję życiem, a nie, że będę biedował…

ilustracja

W policji – największym polskim pracodawcy – wrze. Zdarza się, że policjanci nie wystawiają mandatów, paraliżują pracę włoskim strajkiem, a ich szefom coraz częściej puszczają nerwy.

– Miało być eldorado, a są marne pensje, stary sprzęt, brak ludzi w komisariatach i cięgi od władzy i zarazem opozycji – tłumaczą powody frustracji policjanci. Tydzień temu, po serii kilkudziesięciu bezowocnych spotkań z kierownictwem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, przywódcy policyjnych związków zawodowych pojawili się w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

– Dialog nie posuwa żadnych spraw do przodu. Chcieliśmy spotkać się z premierem, by mu przedstawić nasze argumenty – tłumaczyli Rafał Jankowski i Andrzej Szary, szefowie NSZZ Policjantów. Premier nie znalazł dla nich czasu, odsyłając funkcjonariuszy na spotkanie z nadzorującym policję wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji Jarosławem Zielińskim. – Wrócimy w wielotysięcznej grupie – zapowiedzieli więc związkowcy. Demonstracja odbędzie się 2 października. Decyzję o dołączeniu do policjantów podjęli urzędnicy resortu spraw wewnętrznych, a także pracownicy cywilni policji, strażnicy graniczni, służba więzienna, a nawet strażacy i inspektorzy transportu drogowego.

Plucie w twarz

Związkowcy chcą podwyżki o 700 złotych, zmian w rozwiązaniach emerytalnych i powrotu do pełnopłatnych zwolnień lekarskich. Mają za sobą twarde poparcie, o czym świadczy ankieta, w której wzięło udział 30 tysięcy funkcjonariuszy. Ponad 90 procent z nich chciało rozpoczęcia protestu. – Ludzie zapominają, że policjant nie pracuje, tylko służy. Przysięgałem, że zaryzykuję życiem, a nie, że będę biedował z rodziną od połowy każdego miesiąca. Nie będzie podwyżek, które zresztą PiS obiecywał w kampanii wyborczej, to rzucam mundur – mówi funkcjonariusz z kilkuletnim stażem. Kroplą, która przelała czarę goryczy wśród policjantów, były wzrosty pensji, które rząd przyznał ich kolegom z Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Służbie Ochrony Państwa, która zastąpiła dawny BOR. W tym samym czasie komendant główny policji, z powodu braku środków, musiał wstrzymać wypłatę na przykład zasiłków pogrzebowych czy dodatków na remont mieszkań.

– Od rana do nocy słyszę, jak udało się uszczelnić system podatkowy na dziesiątki miliardów. Przecież to nasza praca, nikt w kraju nie miał pojęcia o VAT-owskich wyłudzeniach, gdy my je rozumieliśmy i ścigaliśmy. A nawet na zasiłek pogrzebowy nie możemy liczyć – mówi oficer elitarnego CBŚP z 20-letnim stażem.

– Podwyżka dla SOP to było plunięcie przez ministrów w twarz wszystkim funkcjonariuszom. To my chronimy rząd i zwykłych Polaków, a nie żadne służby. Wystarczy spojrzeć na każdą jedną demonstrację – mówią i piszą na branżowych forach policjanci. Na swoim profilu na Facebooku Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Policjantów (zgodnie z prawem może działać tylko jeden policyjny związek, a zrzeszeni w nim funkcjonariusze nie mają prawa do strajku) zamieścił nawet film pokazujący tajskich policjantów, którzy odłożyli broń i przyłączyli się do antyrządowych demonstrantów. – W MSWiA śledzą każdy wpis, który mogą. Dziś, zanim ktoś obejmie jakieś stanowisko, choćby szefa rewiru dzielnicowych, to sprawdza się w MSWiA, jakie poglądy prezentuje na portalach społecznościowych. Nie przeoczyli tego postu z pewnością – mówi z szerokim uśmiechem związkowiec.

Biedronka lepiej płaci

Niemal 85 procent polskich policjantów zarabia maksymalnie do 4 tysięcy złotych miesięcznie na rękę. – To szklany sufit, którego nie ma szans przebić, jeśli nie trafisz na stanowiska kierownicze. A każdego dnia kuszą ogłoszenia, że jako operator koparki zarobię więcej. Tyle samo można dostać w sklepie, gdzie nikt nie będzie do mnie strzelał, pluł mi w twarz, a przełożony nie będzie mnie straszył prokuratorem za byle błąd – opowiada mundurowy rozmówca. Były minister spraw wewnętrznych, poseł PO Marek Biernacki, który utrzymuje szereg kontaktów w policji, zwraca uwagę na jeszcze inny mechanizm: – Dzielnicowi, detektywi wracają do domów i słyszą w telewizji o miliardach odebranych złodziejom. O gospodarczym sukcesie kraju. Tymczasem im jak brakowało, tak brakuje. Początkujący policjant może liczyć na nieco ponad 2 tysiące netto pensji, ale przez kolejne trzy lata nie ma szans na podwyżkę. Od takich kwot zaczynają się oferty pracy w dyskontach. W efekcie policja zmaga się z brakiem chętnych do służby. Każdego roku odchodzi na emeryturę po trzy-cztery tysiące policjantów, więc błyskawicznie rośnie liczba nieobsadzonych etatów, sięgając dziś około sześciu tysięcy.

Emerytura po 35 latach służby

Nie tylko niska pensja stanowi problem. Do niedawna do policji, wojska i służb specjalnych przyciągały także atrakcyjne rozwiązania emerytalne. Już po 15 latach funkcjonariusz nabywał prawo do świadczenia wynoszącego 40 proc. pensji. Z każdym kolejnym rokiem w mundurze emerytura rosła, wynosząc maksymalnie ponad 70 proc. pensji. – Teraz pierwszą emeryturę wypłacą mi po przekroczeniu 55. roku życia. To oznacza ciężką służbę przez 35 lat za marną pensję. Młodzi to wiedzą i nie chcą zakładać munduru. To musi zostać natychmiast zmienione przez rząd – tłumaczą związkowcy. W efekcie reform emerytalnych ze służby licznie odchodzą też policjanci, którzy służyli już cztery czy nawet pięć lat.

– Nie będę czekał 30 lat do emerytury. Przełożony traktuje mnie jak robota. Kolega z liceum nie podaje ręki, odkąd stanąłem z nim twarzą w twarz na demonstracji. Koleżanka większą kasę zarabia w Biedronce. Poznałem policję od środka i wszystkie ideały upadły – mówi funkcjonariusz, który rzucił pracę w komendzie stołecznej. Jeszcze szybciej z kariery w mundurze zrezygnowali młodzi policjanci, których w oddziale prewencji w Białymstoku wykorzystano do cięcia konfetti, które ich przełożony rozrzucił ze śmigłowca na głowy uczestników Święta Niepodległości w Augustowie. W tym na głowę nadzorującego policję ministra Zielińskiego. – Część z tych młodych, co siedziała z nożyczkami, porzuciła mundur. Stwierdzili, że nie do takiej policji się przyjmowali – mówi nam doświadczony oficer z Podlasia.

Każdy może zostać policjantem

O problemie z werbowaniem kandydatów do służby dużo mówi i to, że większość stron internetowych komend policji otwiera się na ogłoszeniu o naborze. Policyjni kadrowcy odwiedzają szkoły i namawiają młodych ludzi do założenia munduru. W ubiegłym roku media ujawniły dokument, z którego wynikało, że odtąd najważniejszym z kryteriów oceny komendantów nie będzie spokój i bezpieczeństwo, jakie zapewnili mieszkańcom, tylko liczba zrekrutowanych kandydatów do służby. Po cichu policyjni kadrowcy obniżają wymagania, by ułatwić przejście procesu kwalifikacji. – Nikt już nie zwraca uwagi, czy kandydat popełniał wykroczenia drogowe, a nawet czy był notowany. Nie mówiąc o sprawdzaniu kryminalnej przeszłości rodziców i rodziny. Jeszcze niedawno to wszystko eliminowało kandydata – przyznaje kadrowiec w komendzie na zachodzie kraju. – U nas jest jeszcze gorzej, bo po drugiej stronie granicy Niemcy oferują młodym ludziom pensje w euro – dodaje. W efekcie sito przepuszcza kandydatów, którzy nie powinni trafić na szkolenie podstawowe. – Słyszałem, że dopiero podczas zajęć na strzelnicy wyszło na jaw, że kandydat ma niedowład ręki i nie jest w stanie posługiwać się bronią – mówi nam oficer. Gdy w ubiegłym roku w Wyższej Szkole Policji utonął uczestnik kursu podstawowego, media podały, że miał on… 39 lat.

Blisko katastrofy

Ale to nawet nie brak młodych kandydatów do założenia munduru jest największym zagrożeniem dla funkcjonowania policji. – Około 30 tysięcy policjantów przyszło do służby wkrótce po 1990 roku. Mają już prawa do emerytury. Jeśli oni odejdą, będzie prawdziwa katastrofa – mówi tvn24.pl doświadczony urzędnik resortu spraw wewnętrznych. Dziś komendant główny nie ma żadnych instrumentów, by zatrzymać tych funkcjonariuszy. Przejdą na emeryturę i dorobią po kilka tysięcy w firmach ochroniarskich bądź gdziekolwiek indziej. – Pracujemy nad rozwiązaniami, które pozwolą podwyższać pensje tym policjantom, którzy mają pełne prawa emerytalne. Tak, by opłacało im się zostać w mundurze – ujawnia nam urzędnik MSWiA. Według naszych informacji kolejnym magnesem mają być płatne nadgodziny. Dziś za nadgodziny albo pracę w niedziele i święta funkcjonariusze mogą jedynie odebrać wolne.

Frustracja

Związkowcy otwarcie mówią, że walczą o lepsze warunki pracy, ale i o sprzęt. Oficjalnie funkcjonariusze nie mają się na co skarżyć, bo ministerstwo w kolejnych komunikatach informuje o miliardach przeznaczonych na inwestycje. – Na modernizację w latach od 2017 do 2020 przeznaczyliśmy 9,2 miliarda z ministerialnych środków – mówił niedawno Polskiej Agencji Prasowej wiceminister Zieliński. Ale policjanci wiedzą, jak jest naprawdę. Każdego dnia wyjeżdżają na ulice 22 tysiącami pojazdów. Niemal połowa z nich – jak ujawnia raport Najwyższej Izby Kontroli z lutego – powinna już być na szrotach. Do niebezpiecznych dla ich zdrowia i życia radiowozów policjanci nadal mogą wsiadać dzięki sztuczce, którą zaakceptował resort. – Zmieniono kryteria uznawania sprzętu za zużyty, co istotnie wpłynęło na obniżenie liczby pojazdów, które powinny zostać wycofane z eksploatacji. Z 40 procent stanu wyposażenia do 13 procent – brzmi raport. – Jak mam szanować państwo, które nie szanuje mojego zdrowia? Jeździmy głównie 7-letnimi autami Kia, które pracują po 24 godziny na dobę. Kierowcy mogą sobie wyobrazić, jakie to są auta. Do tego naprawiane w naszych warsztatach, które przypominają zakłady kowalskie z XIX wieku, a nie nowoczesne stacje obsługi – mówią policjanci.

Kilkudziesięcioletnie helikoptery

Ale stan radiowozów nie jest największym problemem. Nie są nim nawet pistolety polskiej produkcji, które ulegają awarii, raniąc strzelających funkcjonariuszy. Największą tajemnicą jest stan policyjnego lotnictwa, czyli dziesięciu śmigłowców. – Rozmawiałem z ważnym policjantem. Błagał o pomoc, bo policja dysponuje jednym jedynym helikopterem, który jest zdolny latać. W czterdziestomilionowym kraju – mówił tvn24.pl w ubiegłym roku ważny polityk Prawa i Sprawiedliwości. Weryfikowaliśmy tę informację w komendzie głównej. W oficjalnej odpowiedzi zapewniano nas, że zawsze jest przynajmniej pięć maszyn gotowych, by poderwać się do akcji. – Nieprawda, głównie jeden. Zresztą wszystkie maszyny są skrajnie wysłużone. Najstarsza ma 40 lat, najmłodsza 10. Remonty się przeciągają, są wykonywane w Czechach – mówi nam zgodnie kilku oficerów komendy głównej. Przez ostatnie dwa lata MSWiA zapewniało też, że ma w budżecie środki zarezerwowane na nowe śmigłowce. Tymczasem okazało się, że policja dostanie dwa helikoptery Black Hawk, ale rachunek ureguluje MON. Fachowcy – jak były szef zakupów w polskiej armii generał Adam Duda – wskazują, że helikopter wybrano bez przetargu, w nieprzejrzysty sposób. W policji panuje opinia, że w tej sprawie może wybuchnąć jeszcze afera. – Niezależnie od kulis zakupu, to Black Hawk jest ogromną maszyną. My potrzebujemy śmigłowca, aby nadzorować ruch na drogach albo brać udział w poszukiwaniu dzieci zaginionych w lasach, a nie w misjach bojowych. Koszty używania takiego helikoptera będą gigantyczne – mówią policjanci.

Wojna o posterunki

Jednym z haseł wyborczych PiS było przywracanie posterunków policji, których za rządów koalicji PO-PSL zlikwidowano w całym kraju ponad 150. – Ludzie mają wrażenie, że państwo jest zwijane. Zabiera im się możliwość kontaktu z policjantami. Ludzie się po prostu boją i my to odkręcimy – deklarował Jarosław Zieliński jeszcze jako opozycyjny poseł i członek sejmowej komisji spraw wewnętrznych i administracji. Odbyło się wtedy kilka burzliwych posiedzeń komisji. Do udziału zapraszano radnych i wójtów gmin, które traciły jednostki policji.

Daliśmy pieniądze na remont posterunku, bardzo nam potrzebnego. Właśnie się skończył i nagle zobaczyliśmy na drzwiach kartkę, że został zlikwidowany i należy się w sprawach pilnych kontaktować z komendą powiatową. Czyli kilkadziesiąt kilometrów dalej – mówił radny z rolniczej gminy w województwie mazowieckim.

Uroczystości i ceremonie

Dlatego jedną z pierwszych decyzji po wygranych wyborach było ogłoszenie programu przywrócenia posterunków. Jak wynika z oficjalnych danych, na nowo otworzono ich dotąd 77. Każdemu otwarciu towarzyszy uroczysta ceremonia, w której najczęściej bierze udział wiceminister Zieliński. Minister wręcza też prezenty. Lubi to tak bardzo, że – jak ujawniliśmy na łamach tvn24.pl -podarował nawet funkcjonariuszom kluczyki do radiowozu, używanego już od dwóch miesięcy.

– Realizujemy nasz program, przywracamy Polakom poczucie bezpieczeństwa – często powtarza. Ale jeśli zagwarantować policjantom anonimowość, to dzielą się wątpliwościami. – Nikomu od tych posterunków nie jest bezpieczniej. One działają na papierze. Sprawdźcie, ilu tam pracuje policjantów – mówią dziennikarzowi tvn24.pl zgodnie funkcjonariusze z różnych stron kraju. Pod lupę wzięliśmy województwo podlaskie, gdzie Jarosław Zieliński reaktywował już pięć posterunków. – Posterunki w Piątnicy, Supraślu i Suchowoli obsługuje po pięciu policjantów. Sześciu w Szepietowie i siedmiu w Michałowie – przekazał nam rzecznik komendy wojewódzkiej w Białymstoku.

Otwarte cztery godziny

Ze strony internetowej tej samej komendy wynika jednak, że w Piątnicy pracuje kierownik posterunku i dwóch dzielnicowych. „Dyżur w każdy poniedziałek w godzinach od 10 do 14” – można przeczytać na oficjalnej witrynie. W Supraślu kierownik i dzielnicowy. W Michałowie kierownik i dwóch dzielnicowych, których na posterunku również można spotkać w każdy poniedziałek między 10 a 14. „Całodobowo oficer dyżurny komendy miejskiej policji w Białymstoku lub numer alarmowy 112” – informują policjanci na swoich stronach www. Te informacje potwierdzają to, co mówią tvn24.pl nieoficjalnie policjanci. – Otwarte są przez kilka godzin w tygodniu. Oficjalnie mają obsadę pięciu lub siedmiu policjantów i żadnych wakatów. W rzeczywistości etaty sztucznie są do nich przekazywane, a policjant z komendy powiatowej nawet nie wie, że formalnie służy na posterunku – przekonują. Likwidacja posterunków za rządów PO-PSL nie była całkowicie pozbawiona sensu. Świadczy o tym nawet fakt, że dzisiejszy komendant główny policji generał Jarosław Szymczyk, który kierował wtedy komendą wojewódzką, sam likwidował posterunki. – Dla ludzi najważniejsze jest to, jak szybko pojawi się policjant, by im pomóc. Istnienie posterunku to też zbędna biurokracja i wydatki – na przykład na etat kierownika lub bezpieczne pomieszczenia na broń lub dokumenty. Lepiej tych funkcjonariuszy wsadzić do radiowozów, by rzeczywiście patrolowali zakątki gmin, a nie urzędowali – przekonywał generał Marek Działoszyński, który kierował policją w latach 2012-2015.

Rozkręca się protest

Protest trwa i ma poparcie młodych i bardziej doświadczonych funkcjonariuszy. Na łamach tvn24.pl ujawniliśmy, że już pierwszy etap „strajku”, czyli rezygnacja z wypisywania mandatów kierowcom przyniosła widoczne finansowe skutki. Odnotowali to urzędnicy pierwszego urzędu skarbowego z Opola, który rozlicza wszystkie mandaty. Tymczasem w skali roku policjanci przynoszą budżetowi od 300 do 400 milionów złotych. Policjanci rozszerzyli protest o włoski strajk, przedłużając procedury. Rezygnują także z używania w pracy prywatnego sprzętu, bez którego policja po prostu nie funkcjonuje. – Radiostacje w wielu miejscach nie działają. W jednym województwie korzysta się zresztą z kilku różnych standardów, więc i tak nie da się porozmawiać. Wtedy zostaje wyłącznie telefon prywatny. Co ciekawe, oficjalnie jest zakaz używania prywatnych telefonów w pracy – mówią związkowcy. Dziennikarz tvn24.pl widział już kilka raportów policjantów, którzy informowali przełożonych, że właśnie zrezygnowali z abonamentów i nie mają już prywatnych aparatów. „Proszę zatem o wykreślenie mnie z listy alarmowych służb”

Nie jest dobrze

Taka sytuacja powoduje, że coraz częściej przełożeni nie potrafią utrzymać nerwów na wodzy. Próbowano karać protestujących funkcjonariuszy w Białymstoku, Koninie i w kilku innych komendach. – Przez ten wasz protest wszyscy jesteśmy w d… Skończyły się pouczenia kierowców i ponownie zaczynacie pracować jak przed protestem – tłumaczył funkcjonariuszom komendant jednego z krakowskich komisariatów. I narzucił limit przynajmniej 10 mandatów dziennie. Jednak policjanci pozostali nieugięci.

Rząd obiecuje miliardy

Ministerstwo składa policjantom obietnice. W tym tę najistotniejszą, że wkrótce będą zarabiać znacznie więcej. „W styczniu 2019 roku, dzięki sukcesywnie wprowadzanym podwyżkom, policjanci będą zarabiać o 800 złotych więcej, a pracownicy cywilni o 750 złotych więcej, niż zarabiali w 2015 roku” – brzmi oficjalna odpowiedź MSWiA na pytania tvn24.pl. Resort zapewnia też, że robi wszystko, by przyciągnąć do służby młodych ludzi i zmniejszyć liczbę wakatów. „Od 1 maja br. podwyżki otrzymali najmniej zarabiający i nowo przyjęci funkcjonariusze służb podległych MSWiA. Policja dostała na ten cel ponad 98 milionów zł. Podniesiony został również dodatek dla 9,2 tysiąca policjantów, którzy pełnią służbę w garnizonie stołecznym” – podkreśla ministerstwo.

Pieniądze mają się znaleźć również na sprzęt i nowe budynki. W ciągu czterech najbliższych lat rząd ma na to przeznaczyć 6 miliardów złotych. „Tylko w 2017 roku, w ramach Programu Modernizacji, Policja przeznaczyła 223 mln zł na 70 inwestycji (budowa nowych obiektów) oraz na modernizację 112 użytkowanych obiektów. Funkcjonariusze kupili również nowy sprzęt. Dzięki temu do dyspozycji mają między innymi tysiąc nowych pojazdów, bezzałogowe statki powietrzne oraz nowoczesne wyposażenie osobiste. Koszt zakupów to 232 mln zł” – wylicza resort. I przekonuje, że robi wszystko, by „postulaty funkcjonariuszy i możliwości budżetu udało się pogodzić”.

„Niestety, w służbach mamy do czynienia z wieloletnimi zaniedbaniami w kwestii wynagrodzeń funkcjonariuszy i pracowników cywilnych” – czytamy. Te zapewnienia nie przekonują władz policyjnego związku. – My chcemy konkretów, a nie kolejnych obietnic. Protest będzie trwał aż do skutku – mówią nam jego przedstawiciele.